Na tarasie w Andaluzji

– Nie macie klucza od tarasu?

Takie pytanie zadał nam w osiedlowym basenie sąsiad.

– Dorobię go wam. Musicie mieć. Chociażby po to, by pranie wieszać.

Kolejne spotkanie, również w basenie. – Mam dla was klucz. Wyskoczył z wody, wyciągnął klucz z kieszeni i wręczył go nam, a na pytanie, ile mamy mu oddać pieniędzy, machnął tylko ręką. – To drobiazg!

Taras był oczywiście na dachu. Weszłam tam i przestałam widzieć. Słońce było tak mocne, że moje oczy nie dały rady. A był styczeń. Po chwili jednak pozwoliły mi się lekko otworzyć i spojrzeć przed siebie. Woda w Zatoce Gibraltarskiej skrzyła się i mieniła, jakby chciała dodatkowo przysporzyć trudu moim oczom w patrzeniu. A przecież tak bardzo chciałam patrzeć. Andaluzja jest do patrzenia i zachwytów. Wiedziałam to od pierwszej chwili. Dlatego moje oczy musiały przywyknąć. I tyle. No dobrze. Pomogłam im okularami przeciwsłonecznymi, po które zeszłam szybko do mieszkania.

To nie było pierwsze oślepienie. To pierwsze było dwa lata wcześniej w Almerii. Też w zimie. I też na tarasie, gdzie poszłam, z moją koleżanką, wieszać pranie. Tak, andaluzyjskie tarasy na dachach służą głównie do tego. Czyżby było tam zbyt gorąco, by w ciągu dnia raczyć się na nich odpoczynkiem?

Andaluzyjczycy zdecydowanie wybierają tarasy przy kawiarniach, restauracjach, czy barach. Tam jest ich zawsze pełno. W zimie (chociaż nie wiem, czy ta pora roku powinna się u nich tak nazywać) przy stolikach stoją ogrzewacze gazowe. One grzeją z jednej strony, a z innej grzeje słońce. Cudownie jest usiąść na późne śniadanie. Zamówić kawę, sok z wyciskanych świeżo pomarańczy i tostadę…wystawić twarz do promieni i odpłynąć.

Niedzielne tarasy restauracji, gdzieś poza miastem, przy cudownie wąskiej drodze, gdzie pomarańczowe i cytrynowe drzewa spoglądają w jej stronę , jakby chciały każdą przejeżdżającą osobę zaprosić na zbiory, są wręcz przepełnione. Tak jakby mieszkańcy wszystkich bliższych i dalszych miejscowości postanowili właśnie tu dzisiaj spędzić popołudnie. Co nie odbiega od prawdy.

Zatrzymujemy się i my. Te niedzielne obiady staną się kolejną andaluzyjską przyjemnością, rozsmakowywaniem się w lokalnych daniach, poznawaniem smaków z Półwyspu Iberyjskiego, a poniekąd również mauretańskich.

Jednym z takich dań (a właściwie deserów, bo obiad musi się przecież nim skończyć) jest ryż na słodko. To przecież Maurowie sprowadzili tu ryż. I szafran, który często jest do ryżu dodawany.

Arroz con leche, bo o nim mowa, to w Hiszpanii niezwykle popularny deser. Ryż gotuje się na mleku, dodaje do niego cukier lub miód, cynamon, wspomniany szafran i sok z pomarańczy albo utartą skórkę z cytryny. Jeśli chodzi o dodatki, to wariantów może być sporo.

Przygotowanie jest również proste:

Ryż wsypujemy do garnka z wodą, dodajemy laskę cynamonu, skórkę z cytryny i odrobinę soli. Całość doprowadzamy do wrzenia, zmniejszamy ogień i przykrywamy. Czekamy aż woda się wchłonie i dodajemy mleko, cukier lub miód. Czekamy aż całość zgęstnieje, dodajemy wanilię lub szafran (uwielbiam z szafranem), możemy też dodać sok z pomarańczy i wanilię (prawdziwą). Całość gotujemy jeszcze chwilę, po czym zdejmujemy z ognia i pozwalamy deserowi trochę przestygnąć.

Z wierzchu można posypać cynamonem. Ja lubię dodatkowo dodać trochę pestek granatu i polać lekko oliwą 🙂 Cudownie smakuje również z płatkami prażonych migdałów.

Moja ulubiona lekko_ceramika

Czas płynie niespiesznie, uroda widoków miesza się ze smakiem potraw. Czy może być coś przyjemniejszego 🙂

Podziel się!

0Shares
0 0
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments