Tangerynka – Książka, na jaką czekałam

Są miejsca, które działają jak narkotyk. Miejsca te oblepiają nas swoimi obrazami, załażą za skórę, czają się pod powiekami. Czasami mamy wrażenie, że zapanowaliśmy nad nimi, trochę je zapominamy, już nas do nich aż tak nie ciągnie. Ale one czają się gdzieś w ukryciu, by zaatakować nas z niespodziewaną mocą.

Tak było i tym razem. Wystarczył tytuł i okładka (a na niej wzór, jeden z najbardziej znanych, który widnieje na płytkach zarówno w Maroku, jak i w Hiszpanii), by Tanger, a właściwie jego wspomnienie, pojawił się na nowo w moim życiu.

Pierwszy raz do Tangeru dotarłam pociągiem z Casablanki. Być może to był autobus. Nieważne. Zamieszkaliśmy w Hotelu Continental. Wiedziałam dobrze, jakie lokum wybieram, bo już wtedy byłam po obejrzeniu “Pod osłoną nieba” Bernardo Bertolucciego (nie znałam jednak wtedy jeszcze pierwowzoru, czyli powieści Paula Bowl’a). To tam zaczęła się moja dziwna miłość do tego miejsca.

Dlatego teraz, kiedy zobaczyłam książkę o cudownie brzmiącym tytule “Tangerynka” (czyż nie brzmi to jak owoc?) obraz miasta ożył gwałtownie i z całą swoją intensywnością. Wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Natychmiast. Już. Inaczej Tanger nie da mi spokoju.

Skończyłam ją właśnie. I żałuję. Że zrobiłam to tak szybko. Że nie delektowałam się powoli. Smakując jej cząstki tak, jak smakuje się dojrzałą w słońcu pomarańczę. Zamiast ją sobie dawkować, pochłonęłam ją w całości. Na raz. Nie mogąc się od niej oderwać.

Początki nie były wcale takie oczywiste. Książka wciągała mnie powoli. Trochę tak, jakby duszna atmosfera Tangeru z połowy lat 50-tych chciała mną zawładnąć stopniowo, ale jednocześnie z zaskoczenia. Tak, bym potem nie mogła się od niej uwolnić. Już sama nie wiem, czy chodziło o książkę, czy o miasto…

Dwie dziewczyny. Przyjaciółki? Być może. A może i nie. Złudzenie? Niegdyś razem na amerykańskiej uczelni. Tam się poznały. Teraz razem w Tangerze. Lucy pojawia się nagle. Nieproszona powraca. I natychmiast pochłania ją klimat portowego miasta. Ulega mu. Tak mocno, jak mocno nie potrafiła mu ulec Alice. Druga bohaterka, dla której Tanger stał się domem.

To nie jest miasto łatwe, gdzie człowiek, będąc na wakacjach, się relaksuje. Tanger potrafi zmęczyć i dać mocno w kość. Wiem, coś o tym…Czuć to na kartach tej powieści. To miasto bardzo intensywne. Czasami aż za bardzo.

Przeżywa się je każdym zmysłem, tak, że czasami ma się ochotę od niego uciec. Zapachy, barwy, smaki, słońce, ludzie. Tu wszystko silnie działa na zmysły. Tak samo jak książka.

Nie ma w nim miejsca na lekkie doznania. Jego byt przysparza o zawroty głowy. Ciężko. Duszno. Gorąco. Parno…Nawet teraz to czuję. Wąskie uliczki medyny, hałas i krzyczący ludzie, tylko potęgują te wrażenia. A potem wychodzi się na wzgórza przy kasbie i można wreszcie zaczerpnąć powietrza, patrząc na błękit majaczącego w dole morza.

Czy upał może odebrać rozum? A może dzieje się tak za sprawą kogoś innego. Czy Alice wie, czego chce? Czy Lucy jej pomoże? Czy miłość sprawi, że za chwilę wydarzy się coś bardzo złego?

Atmosfera w książce jest nasycona tak jak dojrzały owoc granatu. Nasyca ją tkanka miasta. Jej strony przepełnia to dziwne miasto, z pogranicza jawy i snu. Miasto, które swym urokiem i tajemnicą przyciągało tylu artystów.

Akcja rozwija się niespiesznie. Jednak z każdą stroną napięcie narasta. Północna Afryka połowy XX wieku stała się areną niezwykłej historii. Dlatego jest idealnym tłem dla opowieści o miłości, namiętności, ucieczce, obsesjach, obłędzie wreszcie. Tanger lat 50-tych jest tego genialnym przykładem. Nic dziwnego, że książkę czyta się trochę tak, jakby oglądało się film. Bardzo nastrojowy, wciągający nas w swoje sidła stopniowo, bez pośpiechu, ale tak, że nie możemy już od niego uciec. Tak, jak nie możemy uciec od Tangeru.

Miasto, ze swoimi ulicami, medyną, kasbą, Grand Socco, Petit Socco, hotelem Continental na stronach powieści jest bardzo prawdziwe, wręcz wciąga nas do swojej przestrzeni.

Czytając ją czułam, że znalazłam się w Tangerze ponownie. I nie chcę go opuszczać.

Teraz, kiedy książkę mam już za sobą, obrazy z niej przeplatają się w mojej pamięci z moimi przeżyciami w tym mieście. Pamiętam wiele miejsc opisanych na jej stronach. Stara Arabka dzierżąca pęk kluczy, którą spotkałam na korytarzu w hotelu Continental (musiałam zobaczyć jego piękne meble i wystrój). Złapała mnie za ramię i pociągnęła w stronę drzwi. Otworzyła je, bym mogła zobaczyć wnętrze jednego pokoju. A potem kolejne i kolejne. Mój nieświadomy niczego mąż brał w tym czasie prysznic. Pamiętam widok z balkonu na port, cieśninę i majaczącą w oddali Hiszpanię. Pamiętam biało-niebieskie domy w kazbie i dojrzałe owoce granatu w dawnym sułtańskim pałacu (dziś muzeum). Klif, na którym wznosi się ta stara część miasta jest miejscem, gdzie przychodzą Marokańczycy. Siadają na kamieniach i godzinami wpatrują się w morskie wody i w dal. Pamiętam to dokładnie. Pamiętam medynę i młodego chłopaka uciekającego jej wąskimi uliczkami przed policją. Pamiętam targ ze stosami kolorowych aromatycznych przypraw, nabrzmiałymi od słońca owocami i głowami martwych zwierząt wiszącymi na hakach.

Czytając “Tangerynkę” widziałam znowu to miasto, które przyciągało mnie do siebie swoim niejednoznacznym urokiem, dziwnym magnetyzmem, przed którym nie umiałam się obronić.

Przyciągało mnie za każdym razem. Za pierwszym. Za drugim…za piątym. Za każdym coraz silniej. Chciałabym tam wrócić i zanurzyć się w ten piękny chaos. Z “Tangerynką” udało mi się to na chwilę.

Jeśli chcecie poczuć niezwykłą atmosferę Tangeru, a jednocześnie przeczytać naprawdę dobry thriller, sięgnijcie po “Tangerynkę”. Choć nie lubię czytać thrillerów dwa razy, po ten sięgnę jeszcze raz na pewno. I to chyba od razu, bo nie mogę przestać o nim myśleć.

Tangerynka / Wydawnictwo Marginesy / Rok wydania: 2020

avatar